10 marca 2020

Prolog


W ciemności

Burza ucichła nad ranem. Cisza, która nastała wraz z odejściem ostatniej ciemnej chmury, zbudziła śpiące w rogu dziecko. Chłopiec, próbując uchronić się przed przerażającymi dźwiękami natury, przytkał dłonie do uszu, ciasno je oplatając, i zasnął w dziwaczej pozycji. Po przebudzeniu długo nie mógł dojść do siebie, obraz przed oczami nie chciał się wyostrzyć, wirował i drgał, jakby ktoś ruszał przed nim grubą zasłoną. Podniósłszy w końcu głowę prawa odrętwiała ręka, na której spoczywał wcześniej ciężar ciała, zaczęła mrowić go nieprzyjemnie. Nie lubił tego uczucia, potrząsnął więc dłonią, chcąc złagodzić uczucie, ale nie to stanowiło teraz problemu.
Serce zatłukło chłopcu szaleńczo, gdy zrozumiał, w jakim miejscu się znalazł. O poranku strych wciąż skąpany był w lekkim mroku, ale przedzierające się przez zakurzone okna promienie słońca, dawały smugi światła, w których widać było unoszący się w rytmie przeciągu kurz. Dyszał szybko próbując wrócić pamięcią do tego, co takiego stało się podczas nocnej burzy. Pamiętał, że grzmot wyrwał go z objęć snu, a błyskawica przetaczająca się przez niebo zmusiła do otworzenia oczu. Przypominał sobie ten niepokój, kiedy kolejne grzmoty i pioruny niemal kruszyły nocną ciszę. Bał się, wciąż był tylko dzieckiem, dla którego takie chaotyczne wydarzenia w naturze, cechowały się czymś złym i niebezpiecznym, jakby były zwiastunem rychłego końca.
Doszły do niego obrazy, wspomnienia zeszłej nocy, kiedy ze strachu zakrył uszy, żeby odgrodzić się od przytłaczających dźwięków, brzmiących jak pękające mury domu. Zacisnął również mocno oczy, chociaż blask, jaki dawały pioruny, widział nawet przez powieki, jako pomarańczową łunę. Przywarł twarzą do poduszki i rozmyślał nad rzeczami, których bał się równie mocno, aby zagłuszyć w sobie ten narastający niepokój związany z burzą.
Tym co sprawiało, że przez ciało chłopca przebiegał jeszcze większy dreszcz, był strych. To o nim właśnie pomyślał tej nocy i wówczas zrozumiał.
- Znowu mignąłem!

♦♦♦

- Mamo! Przysięgam ci! – zawodził chłopiec parę godzin później.
Kiedy zbudził się na strychu i połączył fakty, szybko uciekł z przerażającego miejsca wprost do swojego łóżka, gdzie okrył się szczelnie kołdrą, ukrywając przed tajemnicami poddasza. Potem zasnął zwyczajnie zmęczony dziwną sytuacją, a o równej dziewiątej siostra obudziła go słowami „Oskar, śniadanie!”.
W kuchni panowała gęsta atmosfera.
- Naprawdę, mignąłem – dodała zrezygnowanym głosem, wpatrując się zaszklonym wzrokiem w matkę. Niebieskie tęczówki stały się intensywniejsze niż zwykle.
- Już ci to mówiłam, że to tylko lunatykowanie – zwróciła się do niego. – Ludzie nie „migają”, jak ty to nazywasz. Lunatykujesz i nie zdajesz sobie sprawy z tego, że chodzisz nocą i budzisz się w różnych miejscach, oto cała magia.
- Nie różnych! – zaprotestował niemal wstając z krzesła. – Tylko na strychu.
- Oskar, proszę cię! – Kobieta traciła już cierpliwość.
Od rana przygotowywała się do ważnej konferencji, jako ceniony psi kardiolog, nie mogła odmówić udziału w tak ważnym wydarzeniu, a zawodzenie syna nie ułatwiało jej sprawy. Denerwowała się tym czy wypadnie dobrze, ostatnio miała duże problemy z koncentracją, dlatego fanaberie małego Oskara schodziły na dalszy plan. Ramira nie czuła się z tym dobrze, nie czuła się dobrze również w tym domu, miała mętlik w głowie przez co stawała się nerwowa i rozchwiana emocjonalnie, a taka nie chciała być do dzieci.
- Oskar, posłuchaj – zwróciła się do syna przykucając obok i gładząc jego delikatne różowe policzki. – Mam bardzo ważne spotkanie, jak tylko wrócę porozmawiamy na temat strychu i migania, dobrze?
Chłopiec przytaknął z lekkim uśmiechem na twarzy, a Ramira poczochrała go po ciemnych, puszystych włosach.
- Oskar beksa! – wykrzyczała dziewczynka. – Oskar beksa boi się strychu!
- Letycjo, przestań – Ramira chwyciła kubek z kawą i wyszła z kuchni.
- Bo ty nigdy nie byłaś tam sama w nocy! – wydarł się chłopiec wskazując palcem na sufit. – Nigdy nie mignęłaś tam!
- Oskar, ale ty głupi jesteś! Mogę iść na strych o każdej porze, bo ja się niczego nie boję!

♦♦♦

Burza tej nocy była gwałtowna. Wiatr smagał drzewa z taką siłą, że pnie przekrzywiały się, omal nie pękając w połowie. Pojedyncze gałęzie stukały w mury budynku, jakby chciały wejść do środka, skrobały gołymi pędami w rytm szalonego wiatru: stuk, puk, stuk, puk!
Błysnęło i zagrzmiało. Huki zbudziły małego Oskara, napełniając go natychmiast przeszywającym strachem. Serce biło chłopcu szybko, krew pulsowała uciążliwie w uszach. Wszystko działo się tak dynamicznie, że całe zdarzenie przyprawiło go o zawroty głowy. Ponownie ta burza brzmiała, jakby miała być ostatnią w jego życiu.
     Zarzucił na siebie kołdrę, skulił się, a prawym policzkiem przywarł do poduszki cały odrętwiały. Dłońmi zatkał szczelnie uszy jak poprzedniej nocy. Jeszcze przez chwilę oczy miał szeroko otwarte, pomimo że był pod pokrywą kołdry, wpatrując się uważnie w bezgraniczną czerń przed sobą. Powoli jednak zaczął tracił świadomość, grzmoty przestały dudnić, błyski przedzierać się przez powieki. Chłopiec zasnął.
Nadal była późna godzina. Burza wyjątkowo rozpętała się w środku nocy, także, kiedy nastał jej kres, zegarki i zegary w całym domu wskazywały pierwszą trzydzieści. Chłopiec zbudził się. Głośny łomot wdarł się do jeszcze śpiącego umysłu Oskara tak nagle, że automatycznie otworzył oczy, chociaż świadomość wciąż drzemała. Ciemność ciasno oplotła jego spojrzenie niczym nieustannie falująca kotara, tuż przed twarzą chłopca, ukrywając wszystkie zagadki, ukrywając nawet czym jest to miejsce, a to go zastanawiało. Dopiero, gdy zimny powiew skłonił Oskara do naciągnięcia kołdry na zmarznięte ciało, zdał sobie sprawę, że wcale jej nie ma, podobnie jak poduszki czy samego łóżka. Nie był w swoim pokoju, a jak nie był w nim, to rozumiał, że musiał pojawić się na strychu za sprawą mignięcia. Bez zastanowienia dźwignął się na nogi i desperacko zaczął rozglądać się po ciemnej sali intensywniej niż wcześniej.
Im bardziej dochodziła do Oskara świadomość, tym bardziej zdawał  sobie sprawę ze swojego krytycznego położenia. Ku jego zaskoczeniu, nie zbudził się w prawym rogu strychu, co się działo przez ostatnie miesiące, a dokładnie naprzeciwko przy starym, niedziałającym już zegarze. Jedyną oczywistą rzeczą w tej sytuacji był fakt, że na strych nie prowadziły tylko jedne drzwi. Oskar, jak i reszta domowników, zwyczajowo nazywali to miejsce „strychem”, ale niegdyś było to pomieszczenie, które dziadkowe chłopca używali jako archiwum, magazyn i gabinet lekarski w jednym. Jedno wejście w prawym rogu prowadziło go magazynu, a drugie na lewo do archiwum i gabinetu. Dziś żadne z pomieszczeń nie było oddzielone ścianą.
Oskar rzucił się w stronę najbliższych drzwi, które z ledwością zlokalizował w ciemności. Zaczął szarpać rozpaczliwie za klamkę, ale stało się to, czego obawiał się najbardziej - zamek nie chciał puścić. To właśnie do tych drzwi zaginął klucz zaraz po przeprowadzce i jedyne wejście na strych było to od strony dawnego magazynu. Chłopiec bał się, serce łomotało w drobnej klatce, a mrok otaczająca zewsząd nie dodawał dziecku otuchy. Nie miał odwagi pobiec na drugi koniec strychu.
- No otwórz się! – Szarpał wciąż za klamkę bez większego powodzenia.
Dudnienie ciężkich kropel w dach napawały Oskara coraz większym niepokojem. Szum, jaki roznosił się po szerokim pomieszczeniu, działał stymulująco na dziecięcy umysł, przywoływał straszne obrazy i niepokojące historie. Już nie wiedział czy skumulowane tony docierające do niego brzmiały jak dźwięk kroków, czy faktycznie coś z oddali kroczyło w jego stronę. Zamarł. Przestał na moment szarpać za klamkę i wytężył słuch. Tup, tup, tup – wyraźne, powolne kroki i jakieś ciche metaliczne skrzypienie, przedzierające się przez mozolny stukot deszczu, docierały do Oskara coraz wyraźniej.
Powiódł wzrokiem w stronę źródła odgłosów. Przez gęstniejącą ciemność nie mógł nic konkretnego dostrzec, a może w rzeczywistości nikogo tam nie było? Po chwili jednak coś zamajaczyło w oddali przemykając powoli w intensywnym blasku wdzierającym się do pomieszczenia przez nieosłonięte okna. Kiedy ciemne chmury rozeszły się w różne strony, księżyc zaczął rozświetlać mrok pustego strychu w kilku miejscach. Niezaprzeczalnie, jakaś przygarbiona postać wolno kroczyła w stronę chłopca sapiąc, charcząc i skrzypiąc czymś, co pchała przed sobą, pojawiając się w smugach światła i znikając w ciemności na przemian.
Ponownie zaczął szarpać za klamkę, ale zamek nie zamierzały ustąpić. Panicznie przerażony postanowił szaleńczo stukać delikatnymi rękoma w drzwi, wydając przy tym piskliwe okrzyki.
- Mamo! Mamo! – wołał drżącym, słabym głosem. – Mamo, jestem na strychu! Mamo, przyjdź tutaj! MAMO!
Nikt go nie słyszał.

Przygarbiona postać tupała coraz głośniej. Oskar widział kątem oka jak sunie ku niemu w szarej potarganej szacie. Dzieliło chłopca raptem parę metrów od przygarbionego potwora charczącego i sapiącego – tup, tup, tup. Serce jeszcze nigdy wcześniej nie biło Oskarowi w tak szaleńczym rytmie ani oddech nigdy nie był poza taką kontrolą jak tej felernej nocy. Czuł nieprzyjemny ciężar uciskający klatkę i ból z każdym nabieranym powietrzem. Strach sparaliżował go do reszty, nawet zaprzestał prób mozolnego walenia w drzwi. Całkowicie zesztywniał z trudem łapiąc hausty powietrza śmierdzącego czymś, co przywodziło chłopcu na myśl gnijącego szczura. Zrobiło mu się niedobrze.
Nie miał odwagi, by spojrzeć na wprost, swój wzrok utkwił w starym zegarze, obok którego niedawno się obudził, i tylko kątem oka sprawdzał jak blisko przygarbiona postać podeszła. Od przerażonego dziecka dzieliły maszkarę już tylko centymetry. Oskar słyszał wyraźnie płacz i dziwne sapanie, jakby zbliżająca się kreatura nie miała nosa, ale pomimo ciekawości mieszanej z przerażeniem, nie zwrócił się twarzą w stronę potwora, wiąż błagalnym wzrokiem wpatrywał się w zegar. Narastające łkanie dobiegło z przedmiotu, który pchała przed sobą przygarbiona postać. Wyraźny dziecięcy szloch, przenikliwy i odrzucający, oplótł chłopca nieprzyjemnie, wyciskając z jego oczu łzy, obsiewając jego ciało gęsią skórką.
Na niewielkim, niemal płaskim drewnianym wózku transportowym, coś wiło się i krzyczało na zmianę z ohydnym płaczem. Coś, co zapewne było dzieckiem, a przynajmniej tak wydawało się Oskarowi, rozdarło się donośnie i zakasłało, na co przygarbiona postać zaskrzeczała przeraźliwie, aż chłopiec zatkał uszy nie spuszczając wzroku ze starego zegara. Kreatura zatrzymała się pochylając nad szlochającym dzieckiem i chudą, osmoloną ręką, pokrytą liszajami i wrzodami, sięgnęła ku ukrytej w ciemności twarzy krzyczącego potwora.
W pomieszczeniu nastała cisza. Tylko szumiący w oddali wiatr sugerował, że życie nie stanęło w miejscu, choć tak wyglądało to dla Oskara. Przygarbiona postać wyprostowała się, ale nie ruszała z miejsca jeszcze przez jakiś czas. Szloch dziecka ustał, jak i jego wijące ruchy, teraz widniał tam tylko nieruchomy, zdeformowany kształt. Chłopiec wciąż przyciskał dłonie do uszu, coraz mocniej, jakby obawiała się, że tajemnicza postać powie coś, czego on w zupełności nie chciał usłyszeć. Bał się nawet tego, że ów przygarbiony stwór zna jego imię.
Dziwny niepokój ogarną dziecko. Przeczuwał, że za moment coś się stanie. Był pewny, że stwór pokaże twarz, że dotknie go tymi obleśnymi rękoma. Mimo przerażenia powstrzymywał się jeszcze od zaciśnięcia powiek. Nagłe skrzypnięcie poruszonych kółek wydobyło przeraźliwy krzyk z wątłych płuc chłopca. Wózek uderzył w łydkę Oskara, którego kolana ugięły się ze strachu. Zacisnął oczy mocno, marszcząc niemal całą twarz, nadal wydobywając z siebie rozpaczliwy wrzask.
- Odejdź! Odejdź! ODEJDŹ! – wydarł się chłopieć opadając na podłogę.

Potem wszystko się zmieniło. Ciężka atmosfera odeszła, jakby przysłowiowy kamień spadł Oskarowi z serca. Już nie czuł niczyjej obecności. Wraz z odejściem adrenaliny buzującej w żyłach, na skórze odcisnęło się wyraźniej zimno. Przenikliwy chłód ogarniał ciało chłopca coraz śmielej, przenikając nawet przez bawełnianą piżamę w samochody - czerwone i niebieskie. Niepewnie uniosł głowę. Znajdował się przy starej wierzbie na skraju lasu nieopodal chatki i ogródka z ulubionymi kwiatami matki.
- Mignąłem– mruknął do siebie tym razem zadowolony.
Drzewa kołysały się na boki, chociaż chłopiec nie czuł, by wiał wiatr. Mimo niepokojącej otoczki, jaka towarzyszyła temu zdarzeniu, Oskar wpatrywał się nieustannie w grube pnie, których ruch hipnotyzował go i kusił. Podniósł się. Bosymi stopami stał na wygniecionej kępie trawy, a zmoczona przez deszcz ziemia przylepiła się do skóry, która straciła zdrowy, różowy kolor. Tej nocy temperatura osiągnęła skalę poniżej zera, ale chłopiec nie zamierzał iść, nie czuł tego zimna. Ruch drzew był kojący, był jak najpiękniejszy taniec, który opowiadał jakąś historię. Oskar uśmiechnął się i uniósł dłonie klaszcząc, jakby gratulował komuś udanego występu. Nie widział w tym nic dziwnego, nic przerażającego.
Pomiędzy drzewami coś się przechadzało. Było chude i wysokie, sięgające praktycznie połowy wysokości drzew; brzóz, sosen i kilku buków. Miało długie ręce i równie długie kościste nogi, a bladą skórę w odcieniach bieli i szarości zdobiły szlaki niebieskich żył. Twarz była pociągła i zapadnięta na policzkach, ziemista i spękana jak sucha ziemia. W miejscu, w którym powinny widnieć oczy, znajdowały się bezkresne czarne dziury. Ciało osłaniały brązowe potargane spodnie sięgające do łydek i niegdyś biała koszula postrzępiona w paru miejscach. Wysoki mężczyzna chodził tam i z powrotem, a Oskar klaskał nieprzerwanie.
Tego dnia wszystko się zmieniło.


1 komentarz:

  1. Cześć :)
    Chciałabym poinformować, że Twoje zgłoszenie zostało przyjęte i oczekuje w Kalendarium na publikację. Zapraszam do skorzystania z zakładki "Nowe Posty" oraz śledzenia bloga na bieżąco. Proszę także o publiczne zaobserwowanie bloga zgodnie z regulaminem, jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś/eś.

    Pozdrawiam i dziękuję.

    https://magiczny-zbior.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń